przeze mnie
  • beze i przeze
    14.01.2005
    Witam
    Przyimek bez przed zaimkiem mnie występuje w formie beze. Podobnie przyimek przez – w formie przeze. Są to jedyne sytuacje, w których używamy przyimków beze i przeze (a więc jedynie przed zaimkiem mnie). Jaka jest przyczyna takiego zjawiska i jak można by je fachowo nazwać?
    Dziękuję za odpowiedź i pozdrawiam.
    Przyimki beze i przeze, łączące się współcześnie tylko z zaimkiem mnie (w pierwszym przypadku jest to dopełniacz, a w drugim biernik), można zestawić z formami we, ze, nade, ode, spode, obocznymi do form bez -e.
    Wszystko to wiąże się z rozwojem tzw. jerów, czyli krótkich samogłosek występujących w języku prasłowiańskim i w początkach dziejów języka polskiego. Jery (przedni – ь i tylny – ъ) mogły występować w tzw. pozycji mocnej (ь, ъ) lub słabej (ь, ъ). W wyniku zmian rozwojowych, o których szerzej informują gramatyki historyczne języka polskiego, jery w pozycji mocnej rozwijały się w „pełne’’ samogłoski, zwykle w e, a jery w pozycji słabej zanikały.
    Obecny przyimek bez w owych czasach brzmiał *bezъ, lecz jeśli w następnej sylabie ciągu również był jer, układ się zmieniał: jer w przyimku stawał się mocny, np. *bezъ mьne (beze mnie), ale *bezъ tebe (bez ciebie). To samo dotyczyło innych przyimków. Oboczność ta jest zatem tego samego rodzaju co „e ruchome’’ np. w odmianie pies, psa.
    Jeszcze w XVI wieku pisano: beze wszego, beze dna, beze czci (stąd bezecny), beze krztu. Do dziś w języku ogólnym przetrwała tylko forma beze mnie, zapewne najczęstsza w tekstach i wypowiedziach ustnych – prawidłowa, ale obecnie wyjątkowa.
    Beze i przeze współcześnie występują jeszcze w formach bezeń ‘bez niego’ i przezeń ‘przez niego’, czyli również w połączeniach przyimka i zaimka, ale pisanych łącznie.
    W gwarach polskich jeszcze w XX wieku przyimek beze pojawiał się w połączeniach: beze dna, beze dwóch, beze śkoły, beze drzwi (zob. Słownik gwar polskich PAN, t. II, Wrocław 1983, s. 77–83; szerzej zob. też: S. Urbańczyk, Historia przyimków „bez’’ i „przez’’, Język Polski XXVI: 1946, s. 134–139 i B. Szydłowska-Ceglowa, O przyimkach „bez’’ i „przez’’ w XVI wieku, Studia z Filologii Polskiej i Słowiańskiej XI: 1972, s. 69–87).
    Przyimki bez i przez konkurowały ze sobą. Świadectwem tego jest występujące w gwarach częste ich mieszanie. Można, mówiąc którąś z polskich gwar, iść „bez czapki przez most’’, „przez czapki przez most’’ lub „przez czapki bez most’’.
    Witold Mańczak twierdzi, że „jeśli chodzi o formy częściej używane i rzadziej używane, pierwsze zachowują się częściej niż drugie’’ oraz „pierwsze zachowują charakter bardziej archaiczny niż drugie [...] Ponieważ pamięć ludzka nie jest doskonała, jest rzeczą zrozumiałą, że morfemy, wyrazy oraz grupy wyrazowe rzadziej używane utrwalają się w pamięci mówiących słabiej i tym samym są bardziej podatne na zmiany’’ (Prawa rozwoju analogicznego, [w:] tegoż, Problemy językoznawstwa ogólnego, Wrocław 1996, 84–85, 87).
    Przetrwanie omawianych wyrażeń przyimkowych w nie zmienionej postaci przez kilkaset lat pokazuje, że nasze myślenie jest egocentryczne. Dbam, by nic się nie działo beze mnie i by nikt nie mówił, że coś niedobrego przeze mnie się stało, i często to sobie i innym powtarzam.
    Artur Czesak, IJP PAN, Kraków
  • Padawan
    15.05.2017
    Szanowni Państwo,
    w sadze Gwiezdne wojny istotną rolę odgrywają padawani – młodzi adepci sztuki Jedi. Chciałbym dowiedzieć się czegoś więcej o tym słowie. Nie spotkałem go nigdzie poza tym kontekstem, czyżby zostało wymyślone na jego potrzebę? Obiło mi się o uszy, że – nazwijmy to szumnie – sfera duchowa świata Star Wars była inspirowana tradycjami Dalekiego Wschodu. Słowo padawan rzeczywiście pobrzmiewa gdzieś jakby z hinduska? Czy to dobry trop?

    Z wyrazami szacunku
    Czytelnik
    Szanowny Panie,
    trudno jednoznacznie ustalić pochodzenie słowa, o które Pan pyta. Istnieje prawdopodobieństwo, że nazwa określająca adeptów sztuki Jedi została wymyślona przez autora sagi Gwiezdnych wojen. Na podstawie informacji, które udało mi się znaleźć na zagranicznych fanpage’ach, można jednak pokusić się o wyjaśnienie etymologii wyrazu i sięgnąć do sanskrytu. Padawan w takim wypadku miałby stanowić połączenie dwóch słów: pāda (पाद) oznaczającego ‘nogę, stopę’ oraz vana (वन), czyli ‘las, puszcza’ i w sposób metaforyczny nazywać tego, który – rozpoczynając naukę – wykonuje pierwszy krok w nieznane. Potwierdzałoby to poniekąd Pańską tezę o inspiracji filozofią Wschodu.
    Mateusz Adamczyk, Uniwersytet Warszawski
    1. 15.05.2017
      Powyższa odpowiedź w żaden sposób nie wskazuje na sanskryckie (czy w ogóle indyjskie) pochodzenie słowa padawan – a nazwanie jej „[próbą] wyjaśnienia etymologii wyrazu” jest zupełnie nieuprawnione.

      Po pierwsze, sanskryckie słowo vana nie ma tendencji do tracenia końcowego ‘-a’, już raczej słowo pāda, występując na końcu złożenia, często ma postać -pād. Ale tutaj ma ono występować na początku złożenia. Gdyby przyjąć, że ta utrata ‘-a’ końcowego jest takim zjawiskiem, jakie występuje w językach nowoindyjskich, np. w hindi, wówczas i to drugie ‘-a’ w pāda by zanikło, i mielibyśmy pādvan. W sanskrycie musi być pādavanaḥ, czyli w najczęściej stosowanym zapisie z pominięciem końcówek gramatyczno-rodzajowych mianownika – pādavana.

      Po drugie, Autor porady pomylił dwa podobne słowa sanskryckie: pāda i pada. Pierwsze, rodzaju męskiego (mian. l. poj.: pādaḥ), z długim ‘ā’ w środku, znaczy ‘noga’ (człowieka, zwierzęcia, przedmiotu nieożywionego, np. stołu, ale także drzewa, czyli „korzeń”, a nawet góry: „podnóże”, „baza”, oraz słońca – „promień świetlny”), ‘filar’, ‘podpora’, ‘podstawa’, ew. (totum pro parte) ‘stopa’ (jak po polsku, na stopę mówimy potocznie noga); ale także ‘ćwiartka’ (co wskazuje na mocny związek z czworonogami) – ‘wers’ (jedna czwarta strofki), ‘rozdział’ (jedna czwarta traktatu), ‘kwadrant’ (jedna czwarta koła) i w ogóle ‘część’; przenośnie – ‘Podnóżek’, ‘Czcigodne stopy’, jako zastępczy tytuł honorowy dla mistrza (jak u nas zwracano się do tronu zamiast do króla, tak w Indiach zwracają się do stóp mistrza lub do jego podnóżka). Słowo to ma zatem sens stałej podpory, nie czegoś dynamicznego – nigdy więc nie znaczy ‘krok’.

      Natomiast słowo pada, rodzaju nijakiego (mianownik liczby pojedynczej: padam), z krótkim ‘a’ w środku, które znaczy przede wszystkim ‘stopa’, ale i ‘ślad stopy’, ‘stopa’ (jako miara długości), ‘stopa’ (jako element metrum wiersza), „słowo” (w postaci z końcówkami fleksyjnymi), „strona gramatyczna” (czynna lub zwrotna); ma też pewną liczbę znaczeń wspólnych ze słowem pāda, ale ma sens bardziej aktywny – nigdy nie znaczy ‘noga’, ‘podpora’ – za to znaczy ‘krok’. Pierwszy rzeczownik związany jest z czasownikiem padati – ‘stać nieruchomo, stać pewnie’, drugi z czasownikiem padayate – ‘poruszać się, przemieszczać się’, por. polskie padać.

      Po trzecie, sanskryckie słowo vana (rodzaj nijaki, mianownik liczby pojedynczej: vanam) nie znaczy ‘dżungla’, ani tym bardziej ‘to, co nieznane’, ale raczej ‘lasek, gaj, zagajnik, park’, ew. ‘grupa drzew, zarośla’, a nawet: ‘kępa lotosów’. Ogólnie: las nadający się do zamieszkania przez ludzi – np. przez mnichów buddyjskich czy dżinijskich, albo braminów-pustelników trzeciej fazy życia, wanaprasthów (vanaprastha), dosłownie „tych, którzy mają w lesie siedzibę” (vane prastho yasya saḥ) – najczęściej zagajnik dający cień – schronienie przed słońcem (nie dający jednak dostatecznego schronienia w czasie pory deszczowej – wtedy mnisi zamieszkiwali w grotach, później klasztorach), położony w pobliżu siedzib ludzkich, bo one są źródłem jałmużny. Kto nie wierzy, niech zobaczy na zdjęciach (np. w Wikipedii, https://en.wikipedia.org/wiki/Jetavana), jak wygląda Jetavana, tj. „Park Dżety” (od imienia jego właściciela), zagajnik na przedmieściach miasta Śravasti, gdzie Budda wygłosił większość swych kazań. Las w sensie zarośniętego pustkowia, czyli ‘puszcza’, ‘dżungla’, ‘dzicz’ (miejsce niezagospodarowane przez ludzi, ani obszar orny, ani pastwisko), to w sanskrycie raczej ara&ndotbl.x;ya (ewentualnie mahāvana czyli ‘wielki gaj’).

      Po czwarte i najważniejsze – nawet gdyby wszystko skorygować według powyższych wskazówek, ze słowa padavana, jako złożenia pada + vana, nie da się uzyskać sensu ‘wykonujący [pierwszy] krok w las’. Złożenie tego typu byłoby złożeniem determinatywnym typu bahuvrīhi (zob. A. Gawroński, „Podręcznik sanskrytu”, § 243, wyd. I 1932, s. 97–98, http://www.sbc.org.pl/dlibra/doccontent?id=12646), gdzie pierwszy człon jest określeniem drugiego. Padavana znaczyłoby więc ‘stopoleśny’, niosąc sens porównawczy: ‘mający las jak stopy/kroki’ (padāni iva vanaṁ asya saḥ), lub dzierżawczy: ‘mający las stóp/kroków’ (padānām vanaṁ yasya saḥ), lub wyrażając inną relację typu: ‘mający las ze/dla stóp/kroków’ (padebhyo vanaṁ...), ‘mający las (ze) stopami / przez stopy’ (padair vanaṁ...) lub ‘mający las w/na stopach/krokach’ (pade&sdotbl.x;u vanaṁ...). To ostatnie można by pewnie zinterpretować metaforycznie jako: ‘ten, który już przemierzył cały las stopami/krokami’, ale nie jako ‘stawiający pierwsze stopy/kroki w lesie’. Aby oddać to drugie znaczenie, trzeba by użyć dokładnie odwrotnego złożenia: vanapada („leśnostopy”), tj. ‘mający stopę/krok // stopy/kroki w lesie’ (vane padaṁ // padāni yasya saḥ) – innej możliwości nie ma.

      Można się jeszcze zastanowić, czy w literaturze indyjskiej las (vana) jest symbolem „rzeczywistości duchowej”, jak pyta Czytelnik? Zapewne dla mieszczucha każdy las(ek) jest jakoś tajemniczy i nieznany, ale nie wszystko, co „nieznane”, jest automatycznie symbolem rzeczywistości duchowej. Las w Indiach to symbol pustelni, odrzucenia świata, ascezy, praktyki medytacji (czyli intensywnego poznawania własnego „ja”, ducha, Boga), co ukazuje pięknie strofka II.55 „Trzech setek” Bhartryhariego:

      Jakiż pożytek z mnogich słów jałowych?
             Tylko dwie rzeczy godne są uwagi człowieka:
      Młodość kobiet o pełnych piersiach, sposobnych do nowej rozkoszy –
             – albo las. (tłum. A. Basham / Z. Kubiak).


      Jednak w przypadku jedi z „Gwiezdnych wojen: i ich uczniów chodzi o całkiem inny rodzaj praktyki – o aktywne ćwiczenie sztuk walki, w Indiach praktycznie nieznane.

      Jeśli przyjąć za dobrą monetę tezę, że G. Lukas słowo to jakoś zapożyczył z sanskrytu, to choć wiadomo, że sanskryt uwielbia tworzenie złożeń i metaforyczną/metonimiczną ich interpretację, należy zdać sobie pytanie, dlaczego mamy przyjmować, że chodzi o złożenie pada + vana, skoro rzekome vana jest nam dane jedynie w postaci ułomnej: van? Może w ogóle nie chodzi o złożenie, tylko o jakieś inne słowo o podobnej warstwie dźwiękowej? Na przykład są do pomyślenia (hipotetyczne) słowa padavān i pādavān utworzone przy pomocy sufiksu dzierżawczego -vant , w mianowniku liczby pojedynczej rodzaju męskiego -vān; (zob. A. Gawroński, op. cit., § 59 G). Podobnie jak istnieje (potwierdzone w literaturze) słowo balavān (od bala – ‘siła, moc’), znaczące ‘siłacz, mocarz’ (tj. ‘mający siłę, moc’), częsty przydomek herosów i bogów – skąd (przez języki irańskie) polskie słowo bałwan (w jego najstarszym znaczeniu, tj. „[pogańskie] bóstwo” lub „figura takiego bóstwa”). Jestem pewien, że słowo pādavān ‘mający ćwiartkę’ mogłoby się zleksykalizować jako ‘ten, który zaliczył podstawę’ (‘ma już za sobą pierwszą ćwiartkę nauki’) – jako skrót od śāstre prathama-pādavān. I że słowo padavān mogłoby zleksykalizować się ze znaczeniem ‘stawiający (lub: mający za sobą) jeden/pierwszy krok’, jako skrót od eka-/prathama-padavān – zwłaszcza że słowo o znaczeniu ‘piechur, żołnierz piechoty’ zostało utworzone z użyciem innego sufiksu przymiotnikowego (§ 59 J), jako padavin (mian. l. poj. padavi). Mogłoby – gdyby którekolwiek z nich rzeczywiście istniało (wystąpiło choć raz w literaturze). Teoretycznie oba ww. słowa z sufiksem dzierżawczym i oba słowa złożone: pādavana i padavana są możliwe – niestety żadne z nich raczej nie wystąpiło w bardzo obszernej literaturze z ostatnich 3000 lat, bo nie jest znane słownikom sanskryckim.

      Z powyższej porady najbardziej wartościowym stwierdzeniem jest „Istnieje prawdopodobieństwo, że nazwa określająca adeptów sztuki [j]edi została wymyślona przez autora sagi Gwiezdnych wojen”. Nie ulega wątpliwości, że nawet najbardziej twardogłowy autor fantastyki, który stawia sobie za cel „wymyślenie od zera wszystkiego”, ulega jakimś inspiracjom, wpływom, bo nie jest w stanie faktycznie opróżnić swej pamięci i swego umysłu do czysta i absolutnie wszystko stworzyć od nowa. Więc można próbować szukać tych inspiracji. Oczywiste jest dla mnie, że jedyną osoba, która może dać wiarygodną odpowiedź na temat, skąd wziął się pomysł na takie słowo, jest sam jego autor (o ile w ogóle to wie). Poza tym mnie się wydaje, że przy analizie w ramach uniwersum terminy padawan i Obi-Wan, jeżeli się je poprawnie wymawia (tj. tak, jak w oryginale, a nie rozbieżnie, jak to jest rozpowszechnione w Polsce), powinny być ze sobą jakoś spokrewnione. Rozważania na ten temat są niewątpliwie bardzo ciekawe, nazywanie jednak ich (podobnie zresztą jak i całych powyższych moich analiz) „etymologią” byłoby wielką przesadą. Wprowadzanie stopy do lasu za bardzo przypomina znaną powszechnie „etymologię” Częstochowy, zatem (zacytuję klasyka mojej młodości) „nie nadaje się do badań naukowych, a jedynie do śmiechu” (Papcio Chmiel, Tytus, Romek i A’Tomek. Księga III). Próba wywodzenia współczesnego terminu, który pojawia się w dziele literackim (wytworze fikcji) powstałym poza danym kręgiem lingwistyczno-kulturowym, ze słowa co prawda możliwego, ale faktycznie nigdy wcześniej nie użytego przez nikogo, to nie etymologia a akt twórczy (neologizm).

      Faktem jest, że sanskryt (jak każdy żywy język) posiada nadal żywotną możliwość tworzenia nowych słów z funkcjonalnych cząstek morfologicznych, w tym tworzenia nowych słów złożonych. Nie jestem jednak skłonny podejrzewać G. Lucasa, który (o ile wiadomo) nie znał sanskrytu, o umiejętność tworzenia gramatycznie poprawnych neologizmów sanskryckich. Gdyby hipoteza indyjskiej genezy była prawdziwa, prędzej podejrzewałbym, że jest to hybryda sanskrycko-angielska: „Pada wan” = „Step one!” (Słowo pada/pāda mogło być mu dobrze znane choćby z tytułu tekstu takiego jak Dhammapāda, czy z przybranego imienia/tytułu twórcy kultu Hare Kryszna: Swami Prabhupāda).

      Nie zapominajmy jednak, że (co wiadomo z życiorysów Lucasa), G. Lucas czerpał swe natchnienie dla „Gwiezdnych wojen” z kultury japońskiej a nie z indyjskiej, bo mieszkał w Japonii i oglądał liczne seriale o samurajach (skąd nawet miał zaczerpnąć samo słowo „jedi”). Nie jestem japonistą i nie czuję się kompetentny do kontynuowania analiz w tym (być może jedynym właściwym) kierunku. Jednak tylko wtedy, gdy wierzy się (całkiem bezpodstawnie), że istnieje coś takiego jak „filozofia Wschodu”, można wrzucać do jednego worka rozliczne i niemające ze sobą nic wspólnego koncepcje, fakty kulturowe i językowe indyjskie i japońskie (a może jeszcze chińskie, tybetańskie, arabskie i inne?) – i liczyć na to, że cokolwiek zeń się wyciągnie, będzie trafne. Metafora o stawianiu pierwszego kroku i wkraczaniu w nieznane na określenie nowego etapu życia jest jednak tak ogólnoludzka, że przypisywanie jej jakiejś szczególnej (ale jednocześnie bardzo niekonkretnej) „wschodniości” (Bo i cóż by to miało być? Polecam artykuł prof. R. Huszczy pt. Orientalistyka... w „Przeglądzie Orientalistycznym” nr 3–4/2006), czy inspiracji bliżej nieokreśloną „filozofią Wschodu”, nie może być usprawiedliwione, nawet tą nieokreślonością. Ekspert Poradni powinien prostować, a nie powielać mity.

      Czytelnik zadający pytanie ma prawo nie wiedzieć także, że Indie to nie Daleki Wschód, ale do eksperta udzielającego porady należy wyprowadzenie go z błędu. Indie to jednak spory subkontynent – więc co miałoby znaczyć, że coś „pobrzmiewa gdzieś jakby z hinduska”? – dalibóg nie wiem (zupełnie inaczej brzmi język pendżabski, a inaczej bengalski, zgoła jeszcze inaczej tamilski – można posłuchać na YouTubie). Dla mnie to słowo brzmi raczej „z malajsko-indonezyjska” – i to nie tylko dlatego, że na Filipinach jest wyspa Palawan a w Malezji jest miasto Padawan (sic!, https://en.wikipedia.org/wiki/Padawan_municipality) (notabene z ciekawą legendą zawierającą wyjaśnienie pochodzenia tej nazwy, choć utrzymane w stylu zakopiańsko-częstochowskim).

      Szkoda tylko, że Autor porady nie sprawdził do końca, skąd się ta interpretacja wzięła na „zagranicznych fanpage’ach”, z których ją zaczerpnął. Ja jednak, dzięki szokowi, jaki przeżyłem przeczytawszy powyższą poradę, znalazłem w Internecie jej faktyczne źródło – jest nim artykuł „More Hindu Themes in the «Star Wars» Saga, by Cie Sharp” na nieistniejącej już witrynie The Borrowed Ones: A Star Wars fan site (ponieważ w Internecie rzadko kiedy coś ginie bezpowrotnie, zachowała się jego kopia w Archiwum Internetu: https://web.archive.org/web/20031005035927/http://www.hrafn.btinternet.co.uk/StolenOnes/essays/hindujedi.html). Ironią losu jest to, że autor wspomnianego artykułu, Marnie J. Goodbody, twórca koncepcji: „pada-van” = „stawiający pierwszy krok w lesie”, od razu na początku wspomina, że nie czuje się kompetentny do dokonywania podobnych interpretacji, jednak zainspirowany esejem Rajana Rajbhandariego „Star Wars and Hinduism” z 1994 r., uznaje kwestię indyjskich inspiracji w „Wojnach gwiezdnych” za bardzo istotną (co skądinąd zrozumiałe, bo przedstawia się jako wyznawca kultu Hare Kryszna, który źródeł wszelkiej ludzkiej kultury i cywilizacji upatruje w tzw. kulturze wedyjskiej i w sanskrycie, niejednokrotnie przeprowadzając argumentację „na siłę”, jak tu). Więc choć przyznaje, że nie zna dobrze sanskrytu, M.J. Goodbody stwierdza, że kierując się „czystym entuzjazmem” poczuł się wewnętrznie przymuszony do napisania swoich analiz (przedstawia tam więcej podobnych „rewelacji”) i wierzy, że będą one trafne i wierne (sic!).

      Takie błędy raz zamieszczone w Internecie mają tendencję do rozpoczynania własnego życia: „Raz wypowiedziane słowo trwa wiecznie” (Aldous Huxley) – są powielane setki i tysiące razy i tysiące ludzi się potem na nie powołują, a na sprostowanie (na ogół zamieszczone w jakimś innym miejscu) – jakimś dziwnym trafem, nie. Na szczęście pierwotne źródło informacji już wypadło z głównego nurtu Internetu, a to, które od kilku lat ją najbardziej rozpowszechniało (artykuł „Jedi” w angielskojęzycznej Wikipedii) zostało przeze mnie skorygowane (mam nadzieję, że w sposób skuteczny, bo sprostowania w Wikipedii są dość trwałe). W ten sposób „wspólnym” wysiłkiem zmniejszyliśmy nieco sferę postprawdy i „miejskich legend” zachwaszczającą Internet.
      Maciej St. Zięba
  • wulgaryzmy na lekcji języka polskiego
    30.11.2012
    Szanowni Państwo!
    Coraz bardziej przeraża mnie wulgaryzacja języka, zwłaszcza młodzieży. Nawet nauczyciele propagują wulgaryzmy podczas lekcji: pewna polonistka bez skrupułów używa przymiotnika, którego tu nie przywołam, a który stał się popularnym synonimem słów świetny, niezwykły, fajny; inna nauczycielka tłumaczy dzieciom zasady ortografii na przykładzie wulgaryzmów. Jak można walczyć z tym zjawiskiem? Czy w ogóle uważają je Państwo za niebezpieczne dla polszczyzny?
    Z poważaniem
    Licealista
    Dotąd słyszałem, że nauczyciele biją na alarm, gdy zdarzy im się posłyszeć, co i jak mówią ich uczniowie do siebie. Teraz – jeśli Twoje doświadczenia nie są odosobnione – trzeba by uznać, że role się odwróciły i uczniowie są zaniepokojeni polszczyzną swoich nauczycieli. Mam nadzieję, że sytuacja, którą opisałeś, jeszcze nie jest typowa.
    Być może niektórzy poloniści doszli do wniosku, że język literacki nie nadaje się do komunikacji z młodszym pokoleniem, i sięgnęli po silniejsze środki wyrazu. Może chcą w ten sposób wzbudzić zaufanie swoich uczniów, pokazać, że idą z duchem czasu. Nie będę ryzykował dalszych domysłów, proponuję, abyście zaproponowali nauczycielce rozmowę o współczesnej polszczyźnie, która jej uświadomi, że kolokwializacja języka na lekcji to nie jest to, czego się od niej oczekujecie.
    Ciekawi mnie, czy dosadny język polonistki oburza Was jako taki, czy też raczej macie pretensje o to, że używa ona słów, które dotąd uważaliście za swoje.
    Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski
    1. 30.11.2012
      Szanowny Panie Profesorze,
      bardzo dziękuję za odpowiedź. Chciałbym tylko zamieścić małe sprostowanie: podane przeze mnie w liście przykłady nie zostały sformułowane na podstawie moich własnych doświadczeń, lecz są raczej zasłyszane. Moja nauczycielka języka polskiego (językoznawca zresztą) jest dla młodzieży językowym autorytetem i nigdy nie posądziłbym jej o rzeczone zachowania językowe. O polonistce, która uporczywie używa przytoczonego przymiotnika, dowiedziałem się od kuzyna. Podobno owa nauczycielka wyjaśniła uczniom, że słowo to stało się dziś neutralne stylistycznie i można go swobodnie używać w sytuacjach oficjalnych (a taką jest przecież lekcja). Jak można – przepraszam za ekspresję – szerzyć takie herezje? I to w dodatku wśród uczniów, którzy – często posługując się tym wyrazem – są skłonni zaakceptować bezpodstawny pogląd polonistki (tak też postąpił mój kuzyn, który teraz bez ogródek tak się wyraża). Inny podany w liście przykład zaczerpnąłem natomiast z internetowego wydania pewnej gazety.
      Z autopsji – jako uczeń – znam natomiast zachowania językowe moich rówieśników. Używanie wulgaryzmów jest wśród młodzieży bardzo powszechne. Obawiam się, że osób młodych, które to razi, jest niewiele. Zastanawia się Pan Profesor, czy język polonistki oburza uczniów jako taki, czy też raczej mają do niej pretensje, że „wykradła” im ich słownictwo. Wydaje mi się – i to jest najgorsze – że język nauczycielki bynajmniej uczniów ze szkoły mojego kuzyna nie razi, a jej wyjaśnienie bez zająknięcia przyjęli jako prawdziwe. Dla mnie polonistka w znacznym stopniu naruszyła zasadę decorum, ale muszę z przykrością stwierdzić, że jestem raczej w mniejszości. O ile sam staram się dbać o kulturę języka (choć zdaję sobie sprawę, że można mi jeszcze wiele zarzucić), o tyle moi koledzy i koleżanki (sic!) już niekoniecznie. Ostatnio postanowiliśmy nawet z moją nauczycielką polskiego, że zorganizujemy w szkole cykl spotkań poświęconych wulgaryzacji współczesnej polszczyzny i postaramy się jakoś wpłynąć na język uczniów. Tylko czy wygłoszenie referatu okaże się skuteczne…
      Z wyrazami szacunku
      Licealista
  • wyłożyć – założyć
    4.10.2002
    Jakiego słowa powinnam użyć, gdy chcę, aby koleżanka idąca do cukierni kupiła mi ciastko, przy czym pieniądze oddam jej później? - „WYŁÓŻ za mnie” czy „ZAŁÓŻ za mnie”? Wg definicji w Słowniku PWN określenie załóż jest adekwatne do tej sytuacji. Jednak trudno mi je przyjąć, gdyż w stronach, z których pochodzę (Pomorze, Kujawsko-Pomorskie), nie używa się załóż w tym znaczeniu, ale właśnie „Wyłóż za mnie” - nikt z pytanych przeze mnie osób nie mówi inaczej - wszyscy jesteśmy w błędzie???.
    Bardzo proszę o odpowiedź.
    Z tego, co Pani pisze, wynika, że słowo wyłożyć funkcjonuje w Pani regionie w znaczeniu ogólnopolskiego założyć. Regionalizmy nie są same w sobie błędami. Nie powinno się ich jednak używać w kontaktach z osobami z innych regionów, gdyż może to prowadzić do nieporozumień.
    Mirosław Bańko
  • lub i albo
    24.06.2003
    Lub/i – czy ta forma jest poprawna? Spotkałem się w Wiedzy i Życiu z opinią, że spójnik lub zawiera w sobie jednocześnie albo oraz i. Tzn. (lub = albo + i). Przykładowo, mówiąc: „Do sklepu pójdę ja albo ty”, mogę mieć na myśli następujące możliwości:
    1. Do sklepu pójdę tylko ja,
    2. Do sklepu pójdziesz tylko ty.
    Natomiast mówiąc: „Do sklepu pójdę ja lub ty”, biorę pod uwagę, że:
    1. Do sklepu pójdę tylko ja,
    2. Do sklepu pójdziesz tylko ty,
    3. Do sklepu pójdziemy obaj, ty i ja.
    W tym świetle używanie formy lub/i byłoby błędne, gdyż wystarczy samo lub zawierające już w sobie i.
    Jeśli mam rację, to nie mogę też powiedzieć: „Przeżyję lub umrę”, bo to wyrażenie zawiera, zgodnie z proponowanym przeze mnie znaczeniem lub, możliwość przeżycia i śmierci jednocześnie, a to niemożliwe. Czy mam rację? Czy myślę poprawnie?
    Jeśli zaś się mylę, to proszę mi wyjaśnić, czym różni się słowo lub od albo? Czy jest różnica semantyczna?
    Ja też nie jestem zwolennikiem formy i/lub (w tej kolejności częściej niż na odwrót), jednak nie ze względów znaczeniowych, lecz czysto stylistycznych. Wydaje mi się ona pseudonaukowym wtrętem, brzydkim, a niepotrzebnym. W znaczeniu słowa lub – jak Pan słusznie zauważył – mieści się znaczenie słowa i. Jeśli mówię: „Zrobił to Piotr lub Paweł”, to nie wykluczam, że zrobili to obaj. Oczywiście kontekst może niekiedy udaremniać taką interpretację, por. „Pierwszy zrobił to Piotr lub Paweł”.
    Ma Pan rację i co do tego, że ze słowem albo łączymy zwykle tzw. alternatywę wykluczającą, czyli dysjunkcję. Dowodem na to jest potoczne użycie słowa albo-albo, np.: „Otóż trzeba rozstrzygać albo-albo, zwłaszcza w sytuacji tak kryzysowej jak obecna” (Wprost). Mówimy tu jednak o tendencjach, nie o bezwględnie obowiązujących regułach. Użycie spójnika lub w zdaniach takich, jak „Przeżyję lub umrę”, nie jest błędem. Można się jedynie spierać o to, czy nie trafniej, dobitniej, wyraziściej itd. byłoby użyć w nim synonimicznego albo.
    Mirosław Bańko
  • stopnie pokrewieństwa
    20.02.2004
    Mój brat ma syna, który jest dla mnie bratankiem. Jednak nurtuje mnie pytanie: jakim stopniem pokrewieństwa określić, kim jest mój bratanek dla mojego męża? Identyczna pytanie nasuwa się: kim jest dla mnie bratanek mojego męża? W odpowiedziach do wcześniej zadawanych pytań była informacja na temat koligacji rodzinnych, jednak nie było nic na temat przypadku opisywanego przeze mnie. Będę wdzięczna za pomoc.
    Pozdrawiam,
    Oriona Kniaź
    Sądzę, że bratanek Pani męża jest dla Pani właśnie „bratankiem męża” – nie znalazłam bowiem odrębnej, jednowyrazowej nazwy na oznaczenie tego stopnia powinowactwa (a nie pokrewieństwa) rodzinnego.
    Łączę pozdrowienia
    Krystyna Długosz-Kurczabowa, Uniwersytet Warszawski
  • zapis nazw hinduskich
    1.06.2011
    Czy właściwe jest pisanie od wielkiej litery pojęć Ryszi (natchniony mędrzec), Brahmariszi, Apsary (nimfy), Gandawowie (niebiańscy muzycy), Brahmaputras (synowie Brahmy) i inne temu podobne oraz termin Guru, gdy piszę o konkretnych świętych osobach, a nie o wszystkich określających siebie mianem guru. Gdy piszę o Guru konkretnej linii jogi, czy powinno to być z małej czy z wielkiej litery? Gdy wiążą mnie więzy emocjonalne z konkretnymi Guru, czy mogę w Wikipedii używać wielkiej litery dla pojęcia Guru?
    1) Wymienione wyrazy nie są nazwami własnymi, należy je więc pisać małymi literami: ryszi, brahmariszi (powinno być raczej brahmaryszi), apsary, gandawowie (brahmaputras to chyba forma angielska).
    2) Rzeczownik guru piszemy małą literą.
    3) Encyklopedia to, przepraszam za ton górnolotny, skarbnica wiedzy. Jeśli więc pisze Pan do encyklopedii, należy wyłączyć emocje. Stanowczo odradzam zapisy emocjonalne, zwłaszcza że im świętszy guru, tym mniej mu szkodzi mała litera.
    Jan Grzenia
    1. 1.06.2011
      Pana odpowiedź nie jest dla mnie jednoznaczna w świetle zapisu umieszczonego na stronie PWN o adresie: http://so.pwn.pl/zasady.php?id=629378 . Według zasad tam podanych dużą literą pisze się również „nazwy zbiorowe istot mitologicznych''. Cytowane przeze mnie pojęcia są istotami mitologicznymi – Brahmariszi to 9 mentalnych synów Brahmy stworzonych w pierwszym okresie tworzenia świata, Ryszi to, bardzo ogólnie rzecz ujmując, grupa natchnionych mędrców, Brahmaputras to w tłumaczeniu putra 'syn', czyli 'synowie Brahmy' etc. Biorąc pod uwagę zapisy cytowanej strony, proszę o wyjaśnienie, dlaczego Gracje pisze się z dużej litery, a wg Pańskiej odpowiedzi apsary powinny być pisane z małej litery. Według mojej wiedzy mitologicznej tak Gracje, jak i apsary można śmiało zaliczyć do tej samej grupy określanej ogólnie w języku polskim mianem nimfy.
      Sądzę, że wszystkie wymienione w zapytaniu pojęcia, z wyjątkiem pojęcia Guru, są pojęciami określającymi istoty mityczne. Jeśli tak, to powinno się je pisać dużą literą. Proszę o wyjaśnienie moich wątpliwości.
      Co do pojęcia Guru rozumiem, że piszemy je z małej litery, jednakże jak powinno być zapisane to pojęcie kiedy jest częścią składową nazwy własnej. Dla przykładu Guru Kowalski, gdzie osoba ta ma wpisane w paszporcie w pozycji IMIĘ – Guru, NAZWISKO – Kowalski. Co zrobić w takiej sytuacji?
      Pozdrawiam
      Piotr Moskalik
    2. 1.06.2011
      Nazwy, o których pan wspomina, nie spełniają warunku, który nie został wprawdzie podany, ale jest oczywisty po analizie przykładów z Wielkiego słownika ortograficznego PWN. Nazwy zbiorowe istot mitologicznych tam wymienione dotyczą grup wywodzących się od określonego przodka bądź przodków (zwykle też o dokładnie określonej liczebności, ale mowa o mitach, więc ścisłości w tym zakresie nie można szukać). Zasadniczo bowiem rzeczowniki zbiorowe odnoszące się do postaci mitologicznych piszemy małymi literami, np. centaury, nimfy, tytani.
      W WSO PWN jest zresztą charakterystyczna niekonsekwencja, bo Erynie nakazuje on pisać wielką literą, formę pojedynczą erynia małą, a rzeczownik zbiorowy eumenidy (o tym samym znaczeniu) też małą.
      Z mojego doświadczenia w tym zakresie wynika, że takie zapisy zostały ustalone na podstawie zwyczaju językowego, który bywa chwiejny, a nie reguły, też zresztą niezbyt ściśle ustalonej.
      Spośród wymienionych w pytaniu nazw tylko Brahmaryszi (jeszcze raz zwracam uwagę na zapis) mogłaby być zapisywana wielką literą. Tym samym mogłoby być Brahmaputrowie. Z pewnością jednak musi być apsary (niebiańskie tancerki) i gandawowie (niebiańscy muzycy, jak Pan podaje).
      Ogólnie biorąc, zalecam umiar w użyciu wielkich liter. Jeśli nie ma obowiązku ich używać, lepiej tego nie robić.
      Jeśli ktoś nosi imię Guru, należy je pisać wielką literą, to oczywiste.
      Jan Grzenia
  • autentykacja
    14.02.2013
    Szanowni Państwo!
    W środowisku informatycznym upowszechniło się, nie tak dawno temu, słowo autentykacja, które budzi we mnie najgorsze instynkty. Zazwyczaj użyte jest ono zamiast uwierzytelniać, rzadziej autoryzować. Niestety często sam używający tego słowa nie widzi różnicy pomiędzy trzema przytoczonymi przeze mnie słowami. Jednakże kiedyś podobnie starałem się zwracać uwagę na użycie unikalny (wtedy 'dający się uniknąć') zamiast unikatowy, a później forma unikalny została zaakceptowana przez RJP, zaś ja zostałem ze słowem przestarzałym. Czy istnieje ryzyko, że z autentykacją będzie podobnie?
    Łączę wyrazy szacunku,
    Krzysztof Kołodziejczyk
    Owszem, jest ryzyko, że słowa, które budzą w nas niechęć, upowszechnią się, a nawet zostaną usankcjonowane w słownikach. Dlatego nie warto palić za sobą mostów, mówiąc na przykład: „Nigdy w życiu przez moje usta nie przejdzie słowo X”. Z równą emfazą ktoś mówi czasem: „Nigdy więcej moga noga nie postanie w twoim domu”. A potem okazuje się, że musi „postanąć”, czasem szybciej, niżby się ta osoba spodziewała.
    Przykład, który Pan przytoczył, jest pouczający. Językoznawcy poloniści z początku krytykowali słowo unikalny – używane w znaczeniu 'bardzo rzadki, unikatowy' – jako rzekomo mylące, bo mające znaczyć 'dający się uniknąć'. Potem ktoś przeprowadził dokładną analizę i dowiódł, że w systemie słowotwórczym polszczyzny brak wystarczających przesłanek, aby słowu temu przypisywać takie znaczenie, jakie chcieli mu przypisać normatywiści. Jednocześnie – ponieważ język nie lubi jednostek tożsamych funkcjonalnie – realne znaczenia słów unikalny i unikatowy się zróżnicowały, co nawet znalazło wyraz w słownikach.
    Czy z autentykacją będzie tak samo jak z unikalnym, tego nie wiem. Polskojęzyczna Wikipedia tłumaczy angielskie authentication na uwierzytelnianie i ostrzega, że autentykacja to forma błędna. Życzę jej autorom, żeby ich stanowisko było wskazówką dla piszących.
    Mirosław Bańko, Uniwersytet Warszawski
  • bizantyński ponownie
    15.01.2010
    Dzień dobry.
    Zastanawia mnie kwestia dotycząca przymiotnika bizantyjski – używanego na terenie badań z zakresu historii sztuki. Spotykam się bowiem z dwiema możliwościami, niektóre opracowania posługują się wspomnianą przeze mnie formą bizantyjski, inne zaś bizantyński. Która z nich jest poprawna? Której powinno się używać?\
    Pozdrawiam.
    Wydawało mi się, że już kiedyś odpowiadaliśmy na to pytanie. Sprawdziłem – i rzeczywiście, ale odpowiedź nie była dostępna publicznie. Teraz już jest, może ją Pan(i) znaleźć w poradnianym archiwum.
    Mirosław Bańko, PWN
  • czas zaprzeszły
    26.02.2015
    Dzień dobry,
    ostatnio zaciekawił mnie temat czasu zaprzeszłego. W znalezionej przeze mnie literaturze jest bardzo niewiele informacji o tym pięknym, aczkolwiek, z tego co wiem, już praktycznie wymarłym czasie. Autorzy podręczników do historii języka polskiego opisują tylko jego formy. Chciałabym się dowiedzieć czegoś o jego powstaniu (kiedy to nastąpiło), jego rozwoju i użyciu. Byłabym wdzięczna, jeśli moglibyście Państwo podsunąć mi literaturę, w której można coś więcej na ten temat znaleźć.
    Czas zaprzeszły, będący de facto czasem zaprzeszłym złożonym, to jeden z typów czasów przeszłych złożonych (obok przeszłego złożonego). Obok nich funkcjonowały czasy przeszłe proste (imperfectum i aoryst). Źródeł czasu przeszłego złożonego należy się doszukiwać w praindoeuropejszczyźnie, skoro ma on swoje odpowiedniki w językach indoeuropejskich (łaciński Plusquamperfectum, angielski Past Perfect). Sposoby tworzenia i funkcjonowania czasu zaprzeszłego w prasłowiańszczyźnie i polszczyźnie wyjaśniała już w poradni dr Krystyna Długosz Kurczabowa. Jeśli chodzi o fachową literaturę na temat tego zagadnienia, polecam przede wszystkim następujące pozycje: Stanisław Rospond, Gramatyka historyczna języka polskiego, Warszawa 1973, s. 307 (lub inne, późniejsze wydania); Zenon Klemensiewicz, Tadeusz Lher-Spławiński, Stanisław Urbańczyk, Gramatyka historyczna języka polskiego, Warszawa 1964, s. 367-374 (lub inne, późniejsze wydania); Stanisław Dubisz, Krystyna Długosz-Kurczabowa, Gramatyka historyczna języka polskiego, Warszawa 2003, s. 309-310 (lub inne, późniejsze wydania).
    Monika Kresa, Uniwersytet Warszawski
Przeglądaj słowniki
Przeglądaj Słownik języka polskiego
Przeglądaj Wielki słownik ortograficzny
Przeglądaj Słownik języka polskiego pod red. W. Doroszewskiego